|

4 niedziela wielkanocna. Rok B

DOBRY PASTERZ   

Jezus powiedział: „Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, do którego owce nie należą, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza. Najemnik ucieka dlatego, że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach. Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. Życie moje oddaję za owce. Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni. I te muszę przyprowadzić i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia i jeden pasterz.  Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je potem znów odzyskać. Nikt mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca” (J 10,11-18).

Jednym z najpopularniejszych obrazów religijnych jest obraz Dobrego Pasterza. Jezus niesie na ramionach zagubioną owcę. Ta scena ukazuje postawę Jezusa wobec zagubionego człowieka, którego On ciągle szuka i odnajduje, jeśli człowiek pozwala się znaleźć. Odnalazł celnika, jawnogrzesznicę Magdalenę, łotra na krzyżu i wielu innych. Wszystkim zagubionym ofiarował swoje ramiona, nie wszyscy jednak chcieli z nich skorzystać, ale również i za tych ostatnich Dobry Pasterz oddał swoje życie na krzyżu, aby wszyscy mieli życie i mieli je w obfitości.

Chrystus po swojej śmierci i zmartwychwstaniu zadał św. Piotrowi: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz mnie więcej aniżeli ci?” Odpowiedział Mu: „Tak Panie Ty wiesz, że Cię kocham”. Rzekł do Niego: „Paś baranki moje”. I znowu, po raz drugi, powiedział do niego: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie?” Odparł Mu: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”. Rzekł do niego: „Paś owce moje”. Tak Chrystus powierzył Piotrowi najwyższą władzę w swoim Kościele.

Piotr z całą gorliwością spełniał powierzoną mu misję. Oczywiście przeżywał także trudne momenty. Jeden z nich, zachowany przez tradycję opisuje Henryk Sienkiewicz w książce „Quo vadis”. W czasie prześladowań chrześcijan Piotr potajemnie zamierzał opuścić Rzym, zostawiając wspólnotę chrześcijan, której był biskupem. Rankiem, gdy było jeszcze ciemno wysmyknął się z Rzymu. Po drodze spotyka wędrowca, w którym rozpoznaje Jezusa, i zaskoczony zadał Mu pytanie: „Quo vadis Domine?” (Dokąd idziesz Panie). A Jezus mu odpowiedział, że idzie do Rzymu, aby umrzeć za swoich wyznawców, ponieważ Piotr ich opuścił. Po tym spotkaniu Piotr wrócił do Rzymu i tam poniósł śmierć na krzyżu. Od tego czasu każdy następca św. Piotra na rzymskiej stolicy biskupiej ma wyjątkowe miejsce w kościele chrystusowym. Jednym z następców św. Piotra był nasz rodak, błogosławiony Jan Paweł II, który 18 maja obchodził urodziny.

„Tego październikowego dnia, kiedy po raz pierwszy ukazał się na schodach Bazyliki Świętego Piotra, z wielkim krzyżem, trzymanym przed sobą jak dwuręczny miecz; kiedy jego pierwsze słowa: „Nie lękajcie się!” rozbrzmiały na placu- w tej samej chwili cały świat zrozumiał, że w niebie coś się poruszyło i że po człowieku dobrej woli, który otworzył Sobór, i po człowieku wielkiej duchowości, który Sobór zamknął, po intermedium, łagodnym i krótkim jak przelot gołębia- Bóg posyła nam świadka. Dowiedzieliśmy się, że przybył z Polski.” Tak wspomina pierwsze chwile pontyfikatu papieża Jana Pawła II Andre Frossard.

Był to wielki dzień dla całego Kościoła, a niezapomniany i jedyny dla tych, których łączy wspólnie dziedzictwo, któremu na imię Polska. Całonocne czuwania modlitewne, śpiewy radości na ulicach, rozszalałe dzwony i łzy ukradkiem ocierane przez tych, którzy nigdy nie płaczą tworzyły atmosferę tego niepowtarzalnego dnia. Kościół nie zawiódł się w swych oczekiwaniach, głos papieża- świadka brzmiał z niespotykaną dotąd siłą prawdy Chrystusowej. A jego polski rodowód przełamał wiele negatywnych stereotypów o Polakach. Jak nikt inny, papież przyczynił się ukazania pozytywnego obrazu naszej ojczyzny i umocnienia poczucia dumy z tego, że jesteśmy Polakami. Wśród Polonii bywało i tak, że ci, którzy ukrywali swoje polskie pochodzenie, zaczęli się doszukiwać swoich korzeni i nimi się szczycić.

W Warszawie, 2 czerwca 1979 r. papież, rozpoczynając pielgrzymkę w Polsce powiedział: „Ucałowałem ziemię polską, z której wyrosłem, Ziemię, z której wezwał mnie Bóg- niezbadanym wyrokiem Swojej Opatrzności- na Stolicę Piotrową w Rzymie. Ziemię, do której przybywam dzisiaj jako pielgrzym”. A opuszczając Polskę ucałował ponownie ziemię mówiąc: „Na odchodnym całuję tę ziemię, z którą nigdy nie może się rozstać moje serce”. To nie były teatralne gesty i słowa. Za tym kryła się ogromna miłość do ojczyzny, dla której był gotów ponieść wielką ofiarę. Ceniony przez papieża publicysta i pisarz Vittorio Messori napisał: „Są to dwie nowości absolutnie niezwykłe, które można wytłumaczyć jedynie tym, że współrodak strajkujących zasiadł na Watykanie i że naród widział w nim prawdziwego „rex Polonorum”. Faktycznie potem okaże się, że wojska rosyjskie i państw satelickich, już gotowe do wkroczenia jak w Pradze w 1968 roku, zostały zatrzymane po ostrzeżeniu, które nadeszło do Moskwy z Watykanu. W przypadku obcej interwencji papież miał natychmiast przyjechać do swej Polski, z wyobrażalnymi tego konsekwencjami na płaszczyźnie wewnętrznej i międzynarodowej.”

Urodziny Jana Pawła II stały się dla nas okazją dziękczynienia Bogu za wspaniały dar dla całego Kościoła, a szczególnie dla Polaków w osobie papieża. Jest to także sposobność by okazać wdzięczność i miłość naszemu wielkiemu rodakowi. Msza św. w katedrze św. Patryka z racji 80 urodzin papieża była tego wyrazem. Zgromadziła kilka tysięcy wiernych i stała się wspaniałym przeżyciem wspólnoty polonijnej zjednoczonej wokół wspólnych wartości. To nic, że nie zauważyła tego ani prasa, ani telewizja amerykańska; papieżowi bardziej potrzebna była modlitwa niż rozgłos.

Tej modlitwy nie zabrakło w diecezji Brooklyn- Queens, w której jest największa grupa polonijna w metropolii nowojorskiej. Na marcowym spotkaniu Polskiego Apostolatu Księży, któremu przewodniczy ks. Piotr Zendzian podjęto wspólną decyzję, że 18 maja tego roku we wszystkich kościołach polonijnych w godzinach wieczornych będą specjalne nabożeństwa, Msze św. w intencji ojca świętego, jak i też akademie z racji tej rocznicy. Aby każdemu dać szansę wspólnej modlitwy zrezygnowano z centralnej uroczystości w jednym kościele, gdyż żaden z kościołów nie pomieściłby takiej rzeszy (w czasie świąt gromadzi się w kościołach polonijnych tej diecezji około 40 tys. wiernych), i nie każdy jest w stanie udać się do oddalonego kościoła.

Ci, którzy wznosili polonijne świątynie zapewne nie myśleli, że w tych kościołach będziemy się modlić w intencji naszego rodaka papieża. Ale kościół to wspólnota żyjących tu na ziemi jak i tych, którzy żyją wiecznie w Panu, dlatego wierzymy, że i oni razem z nami wyśpiewywali hymn dziękczynienia. A był to potężny hymn, gdyż w diecezji Brooklyn- Queens jest 10 parafii polonijnych i 5 ośrodków duszpasterstwa polonijnego. Był to głos kilkudziesięciu tysięcy wiernych (z książki Ku wolności).

PASTERZ MIŁOŚCI

Piotr napełniony Duchem Świętym powiedział: „Przełożeni ludu i starsi! Jeżeli przesłuchujecie nas dzisiaj w sprawie dobrodziejstwa, dzięki któremu chory człowiek uzyskał zdrowie, to niech będzie wiadomo wam wszystkim i całemu ludowi Izraela, że w imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, którego wy ukrzyżowaliście, a którego Bóg wskrzesił z martwych, że przez Niego ten człowiek stanął przed wami zdrowy. On jest kamieniem, odrzuconym przez was budujących, tym, który stał się kamieniem węgielnym. I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4,8-12).

W roku 1871 władzę w Paryżu objęła Komuna Paryska, która nawiązywała do nurtu jakobińskiego z czasów wielkiej rewolucji francuskiej. Zmieniając porządek świata na komunistyczną modłę komunardzi wypowiedzieli bezpardonową walkę Kościołowi. Na mocy postanowień władz Komuny kościoły były zamykane i przeznaczane m.in. na siedziby klubów politycznych. Na porządku dziennym były profanacje kościołów katolickich. W nocy z 17 na 18 maja 1971 r. komunardzi wdarli się do kościoła Matki Boskiej Zwycięskiej w Paryżu. Zrabowali wszystkie wota, m.in. 150 zawieszonych przez wiernych przy obrazie Matki Bożej orderów Legi Honorowej. Zerwali i skradli korony papieskie z figury Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Następnie, przebrani w szaty liturgiczne urządzili bluźnierczą procesję. Na koniec sprofanowali kościół, urządzając w nim zabawy z prostytutkami.

Prześladowania dotknęły także duchowieństwo. 24 maja 1971 został rozstrzelany przez komunardów arcybiskup Paryża Georg Darboy. Wcześniej został podany upokarzającym przesłuchaniom. Oto fragment tych przesłuchań. „– Co to za rzemiosło, którym się pan zajmujesz? –To nie rzemiosło, ale powołanie, urząd moralny, spełniany przez nas dla zabawienia dusz ludzkich. – Ale, ale. Nie gadaj pan bzdur. Powiedz pan lepiej, co za błazeństwa wykładacie ludowi? – Uczymy go wiary w Pana naszego Jezusa Chrystusa. – Nie ma już panów, nie mamy żadnego pana”. Po zamordowaniu biskupa komunardzi obrabowali go z krzyża biskupiego i zegarka. Komuna Paryska była inspiracją i wzorem dla rewolucji bolszewickiej w Rosji, której plonem były miliony niewinnie zamordowanych ludzi. Samemu Stalinowi przypisuje się zlikwidowanie około 20 milionów obywateli Związku Sowieckiego. Ta rewolucja, podobnie jak Komuna Paryska była także wymierzona przeciw Kościołowi i nie uznawała Boga jako Pana Wszechrzeczy. Pierwsi sekretarze zajmowali miejsce Boga i stawali się panami.

Jednak zasadniczy nurt w dziejach ludzkości jest inspirowany wiarą w Boga, który  jest Panem i Pasterzem. Wiele lat przed narodzeniem Chrystusa autor biblijny wyśpiewywał radosną pieśń: „Pan jest moim pasterzem, niczego mi nie braknie. Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, orzeźwia moją duszę. Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swoją chwałę. Chociażbym przechodził przez ciemną dolinę, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną. Kij Twój i laska pasterska są moją pociechą” (Ps 23). Obraz pasterza pilnującego stada jest zaczerpnięty z życia codziennego starożytnej Palestyny. Pasterz troszczył się o swoje stado. Prowadził je na zielone pastwiska. Nocą pilnował stada, aby dziki zwierz nie porwał którejś z jego owiec. Szukał zgubionej, a gdy ją odnalazł, często brał ją na ramiona. Gdy zaszła tego potrzeba bronił swego stada z narażeniem życia. Owce znały swego pasterza i szły za nim. Czuły się bezpieczne pod jego troskliwym okiem. Ten obraz posłużył autorowi biblijnemu do ukazania relacji Boga do swego ludu. Bóg jest dobrym pasterzem. Troszczy się o człowieka. Wskazuje mu drogi. Prowadzi go na „pastwiska”, gdzie człowiek może zaspokoić swoje najgłębsze pragnienia. W zagrożeniu może złożyć ufność w Bogu i mieć pewność, że On jest przy nim.

Chrystus odwołując się do Starego Testamentu mówi o sobie, że jest Dobrym Pasterzem. Jak za pasterzem szły za Nim tłumy ludzkie, bo On miał słowa życia wiecznego. Ewangelia mówi, że Chrystus patrząc na rzesze ludzkie litował się nad nimi, bo byli jak owce bez pasterza, i wtedy zaczynał ich nauczać. Prowadził ich drogami bożej prawdy. Gdy byli głodni rozmnożył dla nich chleb. Uzdrawiał chorych, wskrzeszał umarłych. A w końcu oddał swoje życie za owce, aby miały one życie w obfitości, a tą miarą obfitości jest wieczność. Jest to Pasterz miłości, idąc za Nim nawet przez ciemną dolinę, dolinę śmierci nie ulękniemy się zła, bo z nami jest Pasterz, który przez miłość zwyciężył śmierć. Misję miłosnego pasterzowania Chrystus powierzył swoim uczniom. Do Piotra mówi: Paś baranki moje. Komuś kto gotów jest oddać za nas życie, naprawdę można zaufać.

Chrystus każdemu z nas udziela w różnym stopniu władzy pasterskiej. Przyjmując Chrystusa za swego Pana mamy innych prowadzić do Dobrego Pasterza. Przeżywając Dzień Matki nie sposób pominąć rolę matki w tym procesie. John Ronald Reuel Tolkin, autor m.in. książki pt. „Władca pierścieni”, wspominając swoją matkę pisze: „powinienem być wdzięczny przede wszystkim za wychowanie (poczynając od ósmego roku życia) w Wierze, która mnie wykarmiła i nauczyła wszystkiego, co wiem (choć niewielka to wiedza). Zawdzięczam to mojej matce, która wytrwała w swoim nawróceniu, umarła młodo, głównie z powodu wynikającej z owego nawrócenia biedy” (list do o. Roberta Murraya TJ, 2 grudnia 1953 r.). Matka pełniąc misją pasterską doprowadziła swojego syna do jedynego Pasterza, który wiedzie nas nieomylnymi szlakami do miejsca, gdzie wszyscy spotkamy się przy stole uczty niebliskiej. Tolkin przez całe życie szedł za Dobrym Pasterzem, wyrazem tego było m.in. codziennie uczestnictwo we Mszy św. Zapewne każdy z nas, wspominając swoja matkę może przywołać wiele podobnych obrazów.

Wzruszający przykład zatroskania matki o dzieci, do ostatniego momentu swego życia opisuje Constance Berg w książce „Tales for the Pulpit”. O godz. 15:00 Lilian wezwała mnie do swego pokoju. „Księże kapelanie”- powiedziała- ”czy mógłby ksiądz przyjść do mnie jutro o godz. 14:00 i przynieść Komunię św. dla mnie i mojej rodziny?” Z Liliana nawiązałem głębszy kontakt, gdy pięć dni wcześniej została przyjęta do szpitala. Ciągle mówiła o swoich dzieciach, których miała dwanaścioro. Była dumna ze swej gromadki. Była także świadoma swej nieuleczalnej choroby. Jednak dzięki głębokiej wierze zachowała radość i pogodę ducha. Często powtarzała: „Jezus kocha mnie, bo wystarczająco mnie wysłuchuje”. Dializy nie rokowały już żadnej nadziei i Liliana zdecydowała je przerwać.

Byliśmy wszyscy wzruszeni, gdy odprawiałem nabożeństwo przy łóżku szpitalnym Liliany. Zgromadziło się przy niej 38 osiem osób. Przybyły wszystkie dzieci wraz z wnukami. Liliana ze łzami w oczach powiedziała, że jest szczęśliwa jak nigdy dotąd. Patrzyłem na Lilianę, która uśmiechając się do mnie wyszeptała: „Dziękuję bardzo za to, co teraz dla mnie ksiądz zrobił”. Wszyscy przyjęli Komunię św., przekazaliśmy sobie znak pokoju. Ze wzruszenia wszyscyśmy płakali. W czasie błogosławieństwa zwróciłem się do Lilian z zapytaniem, czy chciałyby coś powiedzieć. Podniosła rękę, spojrzała dookoła, po czym powiedziała: „Wszyscy byliście dla mnie dobrzy, wspaniali. Kocham was bardzo i wy mnie kochacie podobną miłością. Za to wszystko dziękuję Bogu i proszę Go, aby Jego błogosławieństwo na zawsze spoczęło nad wami”.

Lilian opuszczając swoją gromadkę powierzyła ją Dobremu Pasterzowi, który, gdy przyjdzie czas, doprowadzi do ponownego spotkania Lilian ze swymi dziećmi w domu naszego Ojca (z książki Nie ma innej Ziemi Obiecanej).

PRAWDZIWY PASTERZ

Najmilsi: Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. Świat zaś dlatego nas nie zna, że nie poznał Jego. Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się to ujawni, będziemy do Niego podobni; bo ujrzymy Go takim, jakim jest. (1 J 3,1-2).

W roku 1980 Izrael anektował wschodnią Jerozolimę i ogłosił to miasto niepodzielną stolicą państwa żydowskiego. Odpowiedzią na ten akt było powstanie Palestyńskie, podczas którego wojska izraelskie za niesubordynację i odmowę płacenia podatków postanowiły ukarać małą wioskę niedaleko Betlejem. Zarekwirowano mieszkańcom wioski stada owiec i spędzono je w jedno miejsce ogrodzone drutem kolczastym. Kilka dni później przyszła uboga kobieta i prosiła dowódcę wojsk izraelskich, aby pozwolił zabrać jej owce, ponieważ po śmierci męża owce były głównym źródłem utrzymania dla niej i jej dzieci. Dowódca przychylnie odniósł się do jej prośby, ale powiedział, że nie jest w stanie oddzielić jej owce od setek innych.  Kobieta powiedziała, że ma sposób na rozpoznania swoich owiec. Dowódca zgodził się. Żołnierz otworzył bramę do zagrody, a wtedy syn kobiety zaczął grać na flecie. Ciągle powtarzał prostą melodię. Grając zaczął iść w kierunku domu, a za nim szły wszystkie owce należące do nich. Owce rozpoznały swojego pasterza po głosie melodii. (Gary M Burge, NIV Application Commentary on John).

Oto jeszcze jedna historia, która miała miejsce w Palestynie, gdzie Jezus żył i nauczał, gdzie opowiedział przypowieść o dobrym pasterzu. Jeden z księży udał się z wiernymi na pielgrzymkę do Ziemi św. W trakcie pielgrzymki odczytał pielgrzymom fragment Ewangelii od dobrym pasterzu. Po czym wyjaśnił, że w Ziemi świętej pasterz idzie zawsze na przedzie, owce idą za nim, bo znają go i wiedzą, że on je prowadzi do wodopoju, na zielone pastwiska i staje w ich obronie. I oto nadarzyła się okazja, aby skonfrontować opowieść księdza z rzeczywistością. Wszyscy zobaczyli zdążające w ich kierunku stado owiec. Jednak ku zaskoczeniu wszystkich na czele stada nie było pasterza, za którym by podążały owce. Jeszcze bardziej wszyscy byli zaskoczeni, gdy zobaczyli za stadem człowieka, który kijem popędzał owce. Najbardziej zaskoczony i zmieszany był ksiądz, na którego patrzyli wierni, oczekując wyjaśnienia. Zawstydzony ksiądz zaczął tłumaczyć, że nie wie, co to ma znaczyć. Zawsze widział pasterza na czele stada, tak też mówią wszelkie opisy i komentarze na temat Ewangelii o dobrym pasterzu. To tłumaczenie usłyszał człowiek popędzający stado. Zatrzymał się i powiedział do zebranych, że ksiądz ma rację, a on nie jest pasterzem, tylko rzeźnikiem (Keenan Kelsey, Quoted).

Te dwie historie są bardzo wymowną ilustracją słów Jezusa z niedzieli dzisiejszej, zwanej Niedzielą Dobrego Pasterza, która jest zarazem dniem modlitwy o powołania kapłańskie i zakonne. Chrystus powiedział do słuchaczy: „Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, do którego owce nie należą, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza. Najemnik ucieka dlatego, że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach”. Jezus mówi, że jak dobry pasterz prowadzi nas do miejsc, gdzie możemy zaspokoić swoje najgłębsze pragnienia, odnaleźć mądrość i siłę, aby jak najpiękniej przeżyć swoje życie, które rozpoczyna się w przemijającym świecie, a spełnienie znajduje w wieczności.  Dobry Pasterz staje w naszej obronie i z miłości do nas oddaje swoje życie na wzgórzu Golgoty. A nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś oddaje swoje życia za innych. Śmierć Jezusa otwiera dla nas bramy zbawienia, bramy nieba. Owce, które poznały tę ogromną miłość, wiedzą, że takiej miłości można całkowicie zawierzyć swoje życie. Najemnik zaś dba tylko o własny interes. A gdy trzeba narazić życie, ponieść ofiarę, to chowa się za swoje owce i je popędza, jak ten rzeźnik z wcześniej opowiedzianej historii. Gdy tak wnikliwie przyjrzymy się życiu społeczno – politycznemu, to zauważymy, że prawie bez wyjątku przy władzy są „rzeźnicy”. Aby nie kończyć tego fragmentu rozważań rzeźniczym akcentem, zacytuję fragment wiersza Marii Konopnickiej: „A jak poszedł król na wojnę, / Grały jemu surmy zbrojne, / Grały jemu trąby złote / Na zwycięstwo, na ochotę. / A jak poszedł Stach na boje, / Zaszumiały jasne zdroje, / Zaszumiało kłosów pole / Na tęsknotę, na niedolę”.

Słowa o dobrym pasterzu i najemnikach, Jezus skierował także, a może przede wszystkim do przywódców religijnych, w tym również do faryzeuszy, o których wcześniej powiedział: „Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą”. W świetle tych słów, historię o rzeźniku można odnieść do faryzeuszy. W przeciwieństwie do nich, Chrystus mówi o sobie: „Uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych”. A do swoich uczniów powie: „Pójdź za mną”. Chrystus jak dobry pasterz idzie na przedzie, prowadzi nas. Wystarczy całkowicie zaufać Mu i iść za Nim. Chrystus pozostając wzorem i najważniejszym Pasterzem, daje apostołom i ich następcom udział w swojej misji pasterskiej. Wysłuchując się w słowa Ewangelii o dobrym pasterzu, modlimy się o liczne, a przede wszystkim dobre powołania kapłańskie i zakonne. I tu warto uświadomić sobie, że na mocy chrztu świętego każdy z nas ma udział w misji pasterskiej i kapłańskiej Chrystusa. Jeśli kapłan przykładem swego życia nie pociąga wiernych do Chrystusa, a nadrabia to karcącym słowem i nakazami, podobnie rodzic, jeśli postępuje tak względem swoich dzieci, to jeden i drugi jest bardziej „rzeźnikiem” niż pasterzem.

Fundamentem i mocą wypełnienia tak pojmowanej misji pasterskiej jest sam Jezus Chrystus. W zacytowanym na wstępie fragmencie z Dziejów apostolskich czytamy: „On jest kamieniem, odrzuconym przez was budujących, tym, który stał się kamieniem węgielnym”. Św. Piotr powiedział te słowa po uzdrowieniu paralityka, kiedy to w czasie przesłuchania pytano go czyją mocą uzdrowił chorego. Na co Piotr odpowiedział: „W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, którego wy ukrzyżowaliście, a którego Bóg wskrzesił z martwych, że przez Niego ten człowiek stanął przed wami zdrowy”. Cud uzdrowienia jest potwierdzeniem słów Chrystusa. A zatem, gdy uczynimy Chrystusa fundamentem naszego życia, On nas uzdrowi i obdarzy mądrością i mocą podążania za Nim i staniemy się dla innych, na miarę naszego powołania dobrymi pasterzami.

Ewangelia wspomina także o wilkach drapieżnych, czyhających na owce. Bardzo często upatrujemy ich w zewnętrznych atakach na Chrystusa i naszą wiarę. Nie można tego lekceważyć, ale trzeba przy tym pamiętać, że ten wilk drapieżny siedzi najczęściej w nas. Może on przybierać formę różnego rodzaju nieumiarkowanych rząd, lenistwa duchowego, zbytniego zamartwiania o przyszłość, lęku przed chorobą i samotnością, od której człowiek ucieka nieraz w nieodpowiedzialne związki, zamartwiania się o przyszłość dzieci, co się stanie, gdy stracę pracę, czy wystarczy mi pieniędzy na utrzymanie. Ty tylko niektóre niepokoje, które mogą skutecznie przesłonić Dobrego Pasterza i osłabić wiarę. Człowiek, idący za Dobrym Pasterzowi robi wszystko, co w jego mocy, aby jak najlepiej i najpiękniej przeżyć swoje życie, a resztę zawierza Pasterzowi. A wtedy, jak pisze psalmista, nie ulęknie się nawet, gdy będzie przechodził przez „ciemną dolinę śmierci” (z książki Bóg na drogach naszej codzienności).

W RĘKACH DOBREGO PASTERZA

Przy jednej z dróg na obrzeżach Limy, stolicy Peru stoi prosty drewniany krzyż z napisem „No mataras”, co znaczy „Nie zabijaj”. Krzyż postawiono na miejscu śmierci irlandzkiej zakonnicy Joan Sawyer ze zgromadzenie Misjonarek św. Kolumbana. Siostra Joan często odwiedzała miejscowy zakład karny, gdzie przetrzymywano pięć tysięcy więźniów, z czego tylko tysiąc było po wyroku, pozostali czekali na rozprawę. Zapewne wielu z nich było niewinnych.  W więzieniu panowały potworne warunki.  Więźniowie doświadczali różnego rodzaju biedy. Niejednokrotnie byli to ludzie życiowo zagubieni i chociaż sami o tym nie mówili, to jednak potrzebowali kogoś, kto by im wskazał drogę i wyprowadził z ciemnego zaułka życia. Tym kimś stała się dla nich siostra Joan, która poświęciła więźniom całe swoje życie. Zagubionym moralnie wskazywała Chrystusa jako dobrego pasterza, który z miłością szuka zagubionej owcy, bierze na swoje ramiona i obdarza pełnią życia. Swoją miłość do zagubionych więźniów siostra wyrażała poprzez zwykle codzienne posługi. Pomagała im wypełniać dokumenty do Ministerstwa Sprawiedliwości. Przynosiła potrzebne leki, ubrania i żywność. Tak było do 14 grudnia 1983 roku, kiedy to część więźniów zdecydowała się na ucieczkę, biorąc jako zakładników Joan Sawyer i trzy inne siostry oraz pracowników socjalnych. Rozpoczęły się negocjacje ze zbuntowanymi więźniami. Po kilku dniach uzgodniono warunki rozwiązania konfliktu. Więźniowie zgodzili się na uwolnienie zakładników w zamian za darowanie kary więzienia, które mieli opuścić w podstawionych karetkach pogotowia. Siostra Joan została ze zbuntowanymi więźniami. Policja przygotowała zasadzkę na więźniów opuszczających bramy więzienne w karetkach pogotowia. W czasie strzelaniny siostra Joan ugodzona czterema kulami zginęła na miejscu. W czasie pogrzebu, jego uczestnicy trzymali olbrzymi transparent ze słowami Ewangelii św. Jana: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”. Każdego roku organizowane są marsze do tego krzyża, które zwracają uwagę na coraz to nowe zagrożenia ludzkiego życia, zarówno w wymiarze fizycznym jaki duchowym.  W ostatnim roku marsz do krzyża odbywał się pod hasłem: „Nie dla narkotyków”.

Jezus mówiąc o sobie jako Dobrym Pasterzu nawiązuje do dość powszechnego obrazu pasterza w Palestynie. Pasterz strzeże swoich owiec. Dba o ich dobro. Prowadzi je na zielone pastwiska i wodopoju.  A gdy któraś z owiec się zagubi pozostawia całe stado i idzie szukać zagubionej.  W razie śmiertelnego zagrożenia jest gotów oddać życia za swoje owce. Chrystus jako Dobry Pasterz wyprowadza swoje owce na rozległe pastwiska, których granice łączą doczesność z wiecznością.  Przyszedł On na ziemię, aby wyprowadzić nas z ciemnego zaułka przemijającej doczesności, na drogach której czyha na nasze życie drapieżny wilk grzechu i śmierci. Dobry Pasterz, aby wybawić swoje owce z mroku śmierci oddał za nie swoje życie. Świadomość ceny miłości jaką zapłacił Dobry Pasterz za swoje owce rozwiewa wszelkie wątpliwości za kim winniśmy podążać. Chrystus mówi: „Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca”. Siostra Joan poznała swego Pasterza i poszła za Nim. Co więcej, naśladując Go oddała swoje życie za zagubionych współbraci.  Apostołowie z nadania Chrystusa sprawowali w Kościele władzę pasterską. Rozpoznali w Chrystusie zmartwychwstałym Dobrego Pasterza. Poszli za Nim i dając świadectwo Jego zmartwychwstania wskazywali na Niego jako Dobrego Pasterza. W mocy Chrystusa Piotr dokonując cudu uzdrowienia odważnie głosił: „Niech będzie wiadomo wam wszystkim i całemu ludowi Izraela, że w imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka – którego ukrzyżowaliście, a którego Bóg wskrzesił z martwych – że przez Niego ten człowiek stanął przed wami zdrowy. On jest kamieniem, odrzuconym przez was budujących, tym, który stał się głowicą węgła”.

Na mocy sakramentu Chrztu świętego każdy z nas ma udział we władzy pasterskiej Chrystusa. Dając się prowadzić Chrystusowi stajemy się światłem dla innych, prowadzimy ich do pełni życia. Szukając zaś własnych dróg z pominięciem Dobrego Pasterza możemy swoich braci sprowadzać na manowce życia. Stajemy się gorszycielami innych, o których Chrystus powiedział, że lepiej byłoby uwiązać im u szyi kamień młyński i wrzucić w morze. Nasze oddziaływanie pasterskie na drugiego człowieka może się dokonywać w bardzo prozaicznych czynach i zdarzeniach. Jedno z takich zdarzeń zostało zamieszczone na łamach „The New York Timesa” z marca 2006 roku. Do gazety napisał jeden z czytelników, który w metrze zgubił portfel, a który został znaleziony młodego mężczyznę Paula. Paul oddał zgubę właścicielowi i odmówił przyjęcia nagrody. Czytelnik postanowił zatem napisać list do Malachy, siedmioletniego synka znalazcy i opublikować na łamach wspomnianej gazety.  „Drogi Malachy!  Na początku kilka słów wyjaśnienia, dlaczego piszę ten list. Wydaje mi się, że twój ojciec sądzi, że jego czyn jest czymś tak bardzo normalnym, że nie zasługuje na pochwałę. Jednak dla mnie jest to czyn, który mówi o wielkości i uczciwości twojego ojca. Powinieneś wiedzieć jak wspaniałego masz ojca. Wysiedliśmy razem z metra na 34 ulicy na Manhattanie. Tam zgubiłem portfel, który twój ojciec znalazł. Nie miałem w nim dużo pieniędzy, ale jego zwrot był dla mnie bezcenny z innych powodów. Twój ojciec poświecił wiele czasu, aby mnie odnaleźć. Przybył do mnie do pracy i oddał zgubę, odmawiając przyjęcia nagrody za znalezienie. Pośród milionów mieszkańców tego miasta twój ojciec stał się dla mnie szczególnie ważną osobą. Przez ten czyn ukazał bardzo istotne wartości, którymi winniśmy się kierować w naszym życiu. Uczciwość i życzliwość w stosunkach międzyludzkich to droga do pełniejszego i piękniejszego życia. Zarówno ty jak i twoja matka zapewne jesteście dumni, że żyjecie pod jednym dachem z tak wspaniałym człowiekiem.  Szukając drogi do nieba, rozglądaj się dokoła a zobaczysz anioła, który cię tam oprowadzi”. Można powiedzieć, takim aniołami w naszym życiu są ludzie, którzy w Chrystusie odkryli swego Pasterza i stali znakami prowadzącymi do Niego.

Trzeba tu zauważyć, że rzeczywistość kształtowana przez takie i tym podobne wartości rodzi podatny grunt do budzenia powołań kapłańskich i życia konsekrowanego. Kardynał Józef Ratzinger obecny papież Benedykt XVI napisał: „Ojciec był głęboko wierzącym człowiekiem. W niedzielę szedł na Mszę o szóstej rano, potem o dziesiątej na nabożeństwo i jeszcze raz po południu. Matkę cechowała cierpliwa i serdeczna religijność. Również tutaj byli na swój odmienny sposób zgodni- religia stała na pierwszym miejscu. Była składnikiem naszego życia. Już choćby dzięki wspólnej modlitwie. Modliliśmy się przed każdym posiłkiem. Jeśli pozwalał na to rytm zajęć szkolnych, to codziennie chodziliśmy na Mszę. W niedzielę chodziliśmy razem do kościoła. W późniejszych czasach, gdy ojciec przeszedł na emeryturę, odmawialiśmy Różaniec”.  Dzisiejsza niedziela, niedziela Dobrego Pasterza to czas wytężonej modlitwy o liczne i dobre powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego. Modlitwa o kapłanów, zakonników i zakonnice, którzy są gotowi oddać życie za powierzone im owce. Dzień Modlitw jest inicjatywą Pawła VI, który postanowił, że jedna z niedziel okresu wielkanocnego będzie przeznaczona na modlitwę o powołania do stanu kapłańskiego i życia konsekrowanego. Była to odpowiedź Papieża Pawła VI na pogłębiający kryzys powołań kapłańskich i życia konsekrowanego. Ojciec Święty 23 stycznia 1964 r. zarządził, że odtąd w Niedzielę Dobrego Pasterza będzie dniem modlitw o powołania.

Kapłaństwo i życie konsekrowane są szczególnym i ważnym wezwaniem do udziału w misji pasterskiej Chrystusa.  Wartość tych powołań doceniają ci, którzy byli ich pozbawieni. Teresa Siedlar – Kołyszko w książce „Byli, są. Czy będą…?” przytacza wypowiedź księdza Henryka duszpasterza w Dziśnie na Białorusi: „Ludzie tu pięknie śpiewają polskie pieśni i pięknie się modlą, wszystko pamiętają. Pamiętają te polskie czasy, w polskich szkołach się uczyli. Tak kobiety, jak i mężczyźni. Więc robię co mogę, żeby ich ratować. Oni cieszą się, że mają księdza, bo przedtem, a kapliczka istnieje już od 1991 roku, księża tu dojeżdżali. Ja jestem pierwszym stałym księdzem” (z książki W poszukiwaniu mądrości życia).

ŚWIĘTY DANIEL COMBONI

W codzienny pejzaż biblijnej Palestyny na stałe wpisywał obraz pasterza ze swoim stadem. Dobry pasterz prowadził owce na zielone pastwiska, do wodopoju, strzegł przed drapieżnikiem. Zagubioną i zmęczoną owcę brał na swe ramiona. Stając w obronie owiec narażał swoje życie. Chrystus użył tego pięknego obrazu, aby powiedzieć o swojej miłości do ludu Mu powierzonego. Chrystus jest naszym Pasterzem, który prowadzi nas bezpiecznie na pastwiska, do wodopoju z wodą życia. Strzeże nas przed zakusami Szatana. Oddał za nas swoje życie, abyśmy mieli je w obfitości. On stał się dla nas drogą, prawdą i życiem. I tak będzie do końca dziejów. Abyśmy mogli odczuć namacalnie Jego pasterską troskę, po swoim wniebowstąpieniu, przekazał apostołom władzę pasterską w swoim Kościele. Uczynił to w słowach skierowanych do Piotra: „Paś baranki moje”. Normalną drogą sukcesji władza pasterska w Kościele przechodzi na następców apostołów.

W dziejach Kościoła pojawiają się pasterze, którym wierni dodają przydomek „wielki”. Tak było z papieżem Janem Pawłem II, który będąc wielkim, przez liczne beatyfikacje i kanonizacje wskazywał pasterzy Kościoła, którzy dla swych owiec gotowi byli oddać życie. Jan Paweł II w czasie kanonizacji misjonarza i pasterza Afryki bp. Daniela Comboniego powiedział: „Potrzebujemy głosicieli Ewangelii z takim zapałem i takim apostolskim duchem, jaki posiadał biskup Daniel Comboni wśród Afrykańczyków. Wszystkie zdolności swojej pełnej dynamizmu osobowości i zdrowej duchowości oddał kontynentowi Afryki, którą bardzo kochał i bardzo pragnął, aby poznała Chrystusa”. Zaś sam Daniel Comboni w czasie objęcia urzędu biskupiego powiedział do zgromadzonych Afrykanów: „Chcę dzielić wasz los, a najszczęśliwszym dniem będzie dla mnie ten, w którym oddam za was moje życie”.

Daniel Comboni urodził się 15 marca 1831 roku we włoskim regionie Lombardia. Był czwartym z ośmiorga dzieci ubogiej rodziny Ludwika i Dominiki Pace. Daniel był dzieckiem uzdolnionym i inteligentnym. Gdy osiągnął odpowiedni wiek rodzice posłali go do Instytutu prowadzonego przez ks. Nicolę Mazzy’ego w Weronie, gdzie przyjmowano zdolnych chłopców z biednych rodzin, których nie było stać na kształcenie swoich dzieci. Głęboka i szczera religijność Daniela wyniesiona z domu rodzinnego została tutaj ukierunkowana na misje. Młodzieniec spotkał utrudzonych misjonarzy powracających z dalekich krajów misyjnych. Pochłaniał ksiązki o wyprawach misyjnych, szczególnie poruszyły go historie misjonarzy- męczenników w Japonii. Tutaj, Daniel odkrył w sobie powołanie kapłańskie i misyjne. 6 stycznia 1849 roku, mając siedemnaście lat, Daniel złożył ślub przed ks. Mazzy’m, że całe swoje życie poświęci ewangelizacji Afryki Środkowej. Od tego momentu Comboni ukierunkował swoje życie na ewangelizację Afryki. Uważał, że Afryka jest miejscem, które najbardziej potrzebuje ewangelizacji.

W roku 1854 Daniel ukończył studia i 31 grudnia tego samego roku przyjął w Trydencie święcenia kapłańskie. Młody kapłan, ofiarnie wykonując powierzone mu obowiązki przygotowywał się do wyjazdu na afrykańskie misje. Po trzech latach Instytut ks. Mazzy’ego zorganizował wyprawę misyjną do Chartumu, stolicy Sudanu. Wśród misjonarzy znalazł się ks. Comboni, jako najmłodszy członek wyprawy. Początki na Czarnym Kontynencie były bardzo trudne. Podróż przez Pustynię Nubijską trwała dwa miesiące. Młody kapłan pisał wtedy do rodziców, którzy z bólem serca przyjęli decyzje wyjazdu syna do Afryki: „Przyjdzie nam pracować tu w pocie czoła, a może nawet umrzeć”. Po dotarciu do celu, misjonarze musieli się zmierzyć z niezwykle trudnymi warunkami. Ciężki klimat, powracająca malaria dziesiątkowały misjonarzy. To nie zrażało ks. Daniela Comboniego, który z całym oddaniem głosił Ewangelię. Wycieńczony chorobą nie poddał się. Przy łóżku umierającego współbrata odnowił swoje przyrzeczenie całkowitego poświęcenia się misjom. Do rodziców zaś pisał: „Myśl o tym, że pracujemy bądź umieramy dla Chrystusa i dla zbawienia najbardziej opuszczonych dusz, napawa nas taką słodyczą, że po prostu nie możemy zaniechać tego wielkiego dzieła”.

W czerwcu 1859 r. wycieńczeni klimatem i chorobami misjonarze otrzymali nakaz powrotu do ojczyzny. Ks. Comboni wrócił do Werony, nie rozstając się jednak z myślą powrotu do Afryki. We Włoszech opiekował się młodymi Afrykanami przebywającymi w szkołach ks. Mazzy’ego. Jednocześnie zastanawiał się jak zorganizować skuteczne misje w Afryce. Zapewne modlitwa przy grobie św. Piotra w roku 1864 była ważnym momentem w krystalizowaniu się idei misyjnej Afryki. Zrodziła się wtedy w nim myśl, by opracować plan odnowy duchowej Czarnego Lądu, oparty na zasadzie „zbawienia Afryki siłami samej Afryki”. Od tego momentu Comboni zaczął podróżować po całej Europie, od Portugalii po Rosję, w celu uzyskania jak największego wsparcia modlitewnego i finansowego dla swojego projektu, oraz znalezienia osób gotowych poświęcić swoje życie dla Afryki. „Dzieło ewangelizacyjne musi być katolickie, a nie hiszpańskie, francuskie, niemieckie czy włoskie. Wszyscy katolicy mają wspomagać Afrykanów, ponieważ jeden tylko naród nie zdoła przyjść z pomocą czarnemu plemieniu” – pisał Święty. Ks. Comboni, coraz bardziej przekonany o religijnej dojrzałości Afrykanów, dążył do usamodzielnienia się Kościoła w Afryce. Pracował nad wzrostem liczby miejscowych powołań. W wielu krajach zwracał się do królów, biskupów i wszystkich wiernych z prośbą o niezbędne środki duchowe i materialne. Założył pierwsze włoskie czasopismo misyjne, a także powołał dwa nowe instytuty zakonne, męski i żeński znane dzisiaj jako Misjonarze Kombonianie Serca Jezusowego oraz Siostry Misjonarki z Werony.

2 lipca 1877 r. Daniel Comboni został mianowany przez papieża Piusa IX wikariuszem apostolskim Afryki Środkowej, a miesiąc później otrzymał święcenia biskupie. Jako biskup troszczył się szczególnie o rozwój placówek misyjnych. Wykazywał wielką troskę o tubylcze powołania. Chciał, aby to oni przejęli odpowiedzialność za lud boży w Afryce. Szerzył ideę solidarności z najuboższymi i najbardziej potrzebującymi. W myśl tej idei wykupywał niewolników żyjących w skrajnej nędzy. Stworzył dla nich specjalną wioskę. Wiele troski poświęcał walce z głodem, który w latach 1877-78 był przyczyną śmierci niemal połowy mieszkańców Afryki Środkowej. Do tej pracy wciągał wszystkich, uważając, że  jest to obowiązek całej wspólnoty chrześcijańskiej.

Bp Daniel Comboni wyniszczony pracą misyjną zmarł w Chartumie 10 października 1881 roku. Miał wtedy 50 lat. Przeczuwając zbliżającą się śmierć pisał: „Naprawdę obchodzi mnie tylko, czy Nigeria się nawróci i czy Bóg mi da i zachowa te pomocne narzędzia, które mi dał i jeszcze zechce mi dać”. Umierał w otoczeniu tylko jedenastu chorych, skrajnie wyczerpanych misjonarzy, do których zdążył powiedzieć: „Ja umieram, ale moje dzieło nie umrze”. Bp. Comboni był przekonany od początku, że nad tym dziełem czuwa Opatrzność Boża. Czas pokazał, że dzieło bp. Comboniego nie tylko nie umarło, ale wspaniale się rozwinęło i wydało obfite owoce. Kanonizacja Daniela Comboniego 5 października 2003 roku była ukoronowaniem pracy misyjnej Świętego, jak również pracy licznych misjonarzy i misjonarek, którzy poświęcili swoje życie kontynuacji dzieła misyjnego świętego Daniela Comboni (z książki Wypłynęli na głębię).

UDERZ MITEM I STEREOTYPEM W PASTERZA

W Ewangelii na dzisiejszą niedzielę słyszymy słowa Jezusa: „Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. Życie moje oddaję za owce”. Życie Jezusa, Jego śmierć na krzyżu i zmartwychwstanie są uwiarygodnieniem powyższych słów. Chrystus po zmartwychwstaniu ukazał się uczniom nad Jeziorem Galilejskim i zapytał Piotra: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?” Piotr Mu odpowiedział: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”. A wtedy Jezus powierzył mu władzę pasterską nad swoją owczarnią, swoim Kościołem: „Paś baranki moje!” Piotr z miłością prowadził owczarnię Chrystusową w bardzo trudnych czasach i oddał swoje życie za Chrystusa i Jego owczarnię. Wraz z ze śmiercią Piotra i innych apostołów, Chrystus dalej kieruje swoją owczarnię przez następców apostołów.

Papież Benedykt XVI powiedział: „Pan dał mu początek Kościołowi, powołując Dwunastu, którzy reprezentowali przyszły Lud Boży. W duchu wierności poleceniu otrzymanemu od Pana Dwunastu najpierw — po Jego wniebowstąpieniu — wybiera Macieja na miejsce Judasza, uzupełniając w ten sposób swe grono, a następnie przyłącza stopniowo innych i powierza im funkcje, by kontynuowali ich posługę. Sam Zmartwychwstały powołuje Pawła; Paweł jednak, choć powołany na apostoła przez Pana, porównuje swoją Ewangelię z Ewangelią Dwunastu, stara się przekazać to, co otrzymał, a przy rozdzielaniu zadań misyjnych zostaje przyłączony do apostołów wraz z innymi, na przykład z Barnabą. Jak u początków bycia apostołem jest powołanie i posłanie przez Zmartwychwstałego, tak późniejsze powołanie i posłanie innych dokona się – mocą Ducha Świętego – za sprawą tych, którzy już zostali powołani do posługi apostolskiej. W ten sposób będzie kontynuowana posługa, która później, poczynając od drugiego pokolenia, będzie się nazywać posługą biskupią”. Jest to sukcesja apostolska, która polega na nieprzerwanym łańcuchu nakładania rąk przez biskupów od czasów apostolskich do dni dzisiejszych.

Świadomość sukcesji towarzyszyła Kościołowi od samych jego początków.  Św. Ignacy Antiocheński (ok. 30–107) nazywał rzymski kościół „przewodzącym w miłości”. Św. Ireneusz biskup Lyonu, ok. 180 roku napisał o naczelnym zwierzchnictwie rzymskiego kościoła: „Z tym bowiem kościołem dla jego naczelnego zwierzchnictwa musi się zgadzać każdy kościół, tj. wszyscy zewsząd wierni”. Św. Klemens Aleksandryjski (150–212) nazwał św. Piotra „szczególnie wybranym i pierwszym z uczniów Chrystusa”. Św. Cyprian (ok. 200–258) nazwał rzymski kościół „głównym, z którego jedność kapłańska powstała – matką i korzeniem Kościoła katolickiego”. Św. Bazyli Wielki (ok. 330-379) uważał, że biskup Rzymu posiada rozstrzygający głos w sporach dogmatycznych, i stwierdził, że Chrystus wyznaczył św. Piotra Apostoła pasterzem całego kościoła powszechnego. „Powszechny” z języka greckiego „katholikos” znaczy katolicki. Można przytoczyć dziesiątki wypowiedzi w podobnym duchu. Stąd też trudno się dziwić, że ataki sił wrogich wyznawcom Chrystusa najczęściej uderzają w papieża, biskupa Rzymu, który kieruje kościołem katolickim. Przepowiedział to wcześniej Chrystus: „Jest bowiem napisane: Uderzę pasterza, a rozproszą się owce”. Mówił w pierwszym rzędzie o Sobie, gdy zostanie zabity, uczniowie zwątpią w Niego. Te słowa odnoszą się także do tych, którzy w imieniu Chrystusa sprawują władzę pasterską w Jego Kościele.

Problem ataku na pasterzy Kościoła poruszany był na łamach Rzeczpospolitej w artykule „Władza, pieniądze i seks w Kościele”. Bardzo często przeciwnicy Kościoła w walce z nim posługują się mitami i stereotypami. Dr Sylwia Bedyńska pisze: „Stereotypy powstają wtedy, gdy brak wiedzy uzupełniamy domysłami albo schematami myślowymi, które są w nas wdrukowywane od najmłodszych lat. Ogromną rolę w powstawaniu mitów odgrywają media, gdyż nie jesteśmy w stanie albo nie chcemy weryfikować informacji, które podają ”. Dzisiejszemu pokoleniu „wdrukowują” schematy myślowe o Kościele środki masowego przekazu, które w większości prezentują nieprzychylny, czy wręcz wrogi stosunek do wartości chrześcijańskich. W mediach coraz częściej powtarzane są negatywne stereotypy na temat Kościoła. Natrafiają one na podatny grunt ponieważ wiedza o Kościele większości, nie tylko Polaków jest bardzo marna. Zamiast zdobywania wiedzy na ten temat wolą oni powielać mity o Kościele. „Większość informacji, które ukazują się na temat Kościoła w mediach, ma charakter negatywny” – mówi prof. Andrzej Szpociński, socjolog z Collegium Civitas. Zaś ks. Dariusz Madejczyk, redaktor naczelny „Przewodnika Katolickiego” dodaje: „Temat Kościoła pojawia się głównie w kontekście skandali. Sprawa biskupa, który ma problem alkoholowy, czy skandal pedofilski z udziałem księdza stają się tematami numer jeden. O codziennej działalności Kościoła, np. pomocy ubogim czy chorym, nie mówi się niemal wcale. I to mimo, że pierwsze zjawiska mają charakter marginalny, a drugie nie”.

Szef KAI Marcin Przeciszewski mówi o stereotypach na temat Kościoła w mediach: „W tym celu kreują one obraz Kościoła jako instytucji bogatej, walczącej tylko o swoje interesy, chcącej podporządkować sobie państwo, nieakceptującej pluralizmu. Takie stereotypy są chętnie nagłaśniane przez media, gdyż łatwo je sprzedać”. Andrzej Grajewski, publicysta „Gościa Niedzielnego” dodaje: „Część mediów pisze źle o Kościele z premedytacją. Jest to ich strategia walki z Kościołem”. Często powtarzanym mitem w Polsce jest zarzut pazerności Kościoła. Kościół ma być pazerny i chciwy, bo upomina się o zwrot dóbr zabranych mu po II wojnie światowej. Wobec tego mitu bezsilny jest argument, że jest to tylko niewielka część dóbr, która została zabrana z pogwałceniem nawet peerelowskiego prawa, a jej wartość szacuje się na ok. 5 mld zł. Innym często powielanym stereotypem jest pedofilia w Kościele, ukazywana jako powszechne zjawisko. W USA, gdzie doszło do największych nadużyć seksualnych księży, duchowni katoliccy są sprawcami niecałych 2 % wszystkich przypadków nadużyć seksualnych wobec nieletnich, większość jednak dzieje się w rodzinach. Wbrew tym statystykom, „dzięki’ mediom powielającym stereotypy to nie na ojca i wujka, ale na duchownego patrzą niektórzy jako potencjalnego pedofila. Oczywiście w Kościele nawet 2%, to wielkie zło i krzywda wołająca o pomstę do nieba. Tę wyliczankę stereotypów, powielanych przez media , którą można mnożyć w dziesiątki zakończę słowami patrologa ks. prof. Józefa Naumowicza: „Te oskarżenia pod adresem chrześcijaństwa to nic nowego pod słońcem. Większość z nich istniała od początku chrześcijaństwa. Smutne  jest to, że często sami chrześcijanie w sposób bezrefleksyjny powtarzają mity o Kościele, nie wnikając głębiej w to, jak jest naprawdę”.

Gdy będziemy szczerze i pobożnie zgłębiać Kościół Chrystusowy znajdziemy w nim pasterzy na miarę Chrystusa. Trafią się także najemnicy, ale nawet oni nie będą w stanie sprowadzić nas na manowce, gdy będziemy zapatrzeni w Pasterza, który mówi o sobie: „Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. Życie moje oddaję za owce”. Podążanie z tym Pasterzem czyni nas dziećmi bożymi o czym pisze św. Jan: „Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy” (Kurier Plus 2014).

W RAMIONACH DOBREGO PASTERZA

W ostatnich dniach byliśmy świadkami tragedii jaka dotknęła miasteczko Douma w Syrii, ostrzeliwane przez syryjski reżim. Gdy mieszkańcy schronili się w piwnicach wtedy nadleciał helikopter, z którego zrzucono tzw. bomby beczkowe wypełnione substancjami trującymi. Cięższa od powietrza trucizna wypełniła wszystkie podziemne pomieszczenia, co stało się powodem tak wielkiej liczby ofiar. Szef humanitarnej syryjskiej organizacji Białe Hełmy Raed al-Saleh powiedział: „Siedemdziesięciu zmarło na skutek uduszenia, setki nadal się duszą”. Wśród ofiar było 20 dzieci. Świat obiegły przerażające fotografie zabitych i zatrutych dzieci. Na świecie, a szczególnie na Bliskim Wschodzie podobne zbrodnie zdarzają się dosyć często. Wielu z nas pamięta tragiczne obrazy wojny w Iraku. Mimo najpiękniejszych haseł uzasadniających prowadzenie wojny, jest ona zawsze zbrodnią, którą popełniają sprawujący władzę i ci, którzy są opanowani żądzą jej zdobycia lub osiągnięcia korzyści materialnych. Ci ludzie bardzo często stroją się w piórka dobroczyńców narodu, któremu chcą przewodzić. Używając języka Ewangelii możemy powiedzieć, że chcą być, pasterzami swoich narodów. Pośród piekła rozniecanego przez tych ludzi pojawiają się wysłannicy innego, prawdziwego Pasterza.

O jednym z nich pisze Phil Klay w książce „Tales of War and Redemption”. Patrick McLaughlin był luterańskim kapelanem w czasie wojny w Iraku. Ojciec pięciorga dzieci zawsze z sympatią i uśmiechem spieszył ludziom z pomocą. Najtrudniejszą częścią jego służby w armii był niewielki szpital polowy, gdzie leczono amerykańskich i irackich żołnierzy oraz cywilów. Patrick był świadkiem przerażających scen. Najbardziej tragiczne były historie rannych, niewinnych dzieci. Bardzo często przynoszono do szpitala dzieci, dla których nic już nie można było zrobić, poza łagodzeniem bólu zastrzykami morfiny. Gdy one umierały Patrick brał je w ramiona i delikatnie kołysał. Początkowo robił to na stojąco lub na kolanach, poza szpitalem. Pierwszy chłopczyk miał może sześć lub siedem lat. Umierał z powodu roztrzaskanej głowy. Nie było przy nim nikogo z rodziny. Patrick trzymał go w ramionach i kołysał, a gdy po raz ostatni uderzyło serce chłopca ucałował go w czoło. Potem była trzyletnia dziewczynka, której ciało zostało prawie rozerwane przez wybuch bomby. Patrick trzymał umierającą dziewczynkę na rękach, kołysał i szeptał jej do ucha uspakajacie słowa miłości. Zaś kobieta, służąca w armii, która miała dziewczynkę w tym samym wieku trzymała dziecko za ręce. Po śmierci dziewczynki pastor McLaughlin poprosił o wykonanie dla niego bujanego krzesła, aby siedząc na nim mógł kołysać dzieci aż do ostatniego ich oddechu. Podczas swojego pobytu w Iraku Patrick tulił w swoich ramionach na bujanym krześle jedenaścioro dzieci. Przed opuszczeniem Iraku wrzucił do ognia to krzesło, mówiąc: „Ofiaruje je dzieciom, które niegdyś na tym krześle, w moich ramionach odchodziły do wieczności”. Wojskowy kapelan, tulący w ramionach umierające dzieci kieruje naszą uwagę na Chrystusa, który mówi w dzisiejszej Ewangelii: „Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce”.

W czasie naszych pielgrzymek do Rzymu bardzo często odwiedzamy katakumby. Jest to sieć podziemnych cmentarzy wykopanych w wulkanicznym tufie przez dawnych mieszkańców Wiecznego Miasta. Zmarłych chowano w grobowych niszach wydrążonych w ścianach korytarzy lub w większych komorach, które później przekształcono w miejsca kultu. W V wieku katakumby stały się miejscem modlitewnych spotkań chrześcijan oraz kultu męczenników. Katakumby są ozdobione bardzo prostymi dziełami sztuki, nawiązującymi do chrześcijańskiej symboliki. Często spotykanym obrazem w katakumbach jest obraz Dobrego Pasterza, który jest przedstawiany jako młody człowiek z owcą na jego ramionach. Nieraz trzyma On w prawej ręce naczynie z wodą. Obraz Dobrego Pasterza, z dzisiejsze Ewangelii był dla pierwszych chrześcijan bardzo ważnym i przemawiający symbolem.

Obraz pasterza ukazuje bardzo osobistą naturę związku Jezusa z Jego uczniami. Ewangeliczny Pasterz opuszcza 99 owiec i szuka jednej zagubionej, a gdy ją znajduje nie karci jej, ale z miłością bierze na ramiona. Istnieje bardzo ścisła więź między Pasterzem a tą jedną owcą. Dla Dobrego Pasterza nie jesteśmy anonimową twarzą w wielkim tłumie. On woła nas po imieniu. On zna dogłębnie nasze problemy i troski. Widzi w sercu każdego z nas pragnienie dobra i zna nasz żal za popełnione grzechy. On osądza sprawiedliwie. Inaczej niż człowiek, który nie wie co się dzieje w naszym sercu. Dlatego w imieniu Boga prorok Izajasz mówi: „Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – wyrocznia Pana. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje – nad waszymi drogami i myśli moje – nad myślami waszymi”. Tę szczególną relację Pasterza do swego ludu kreuje bezgraniczna miłość. Św. Jan pisze: „Najmilsi: Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi i rzeczywiście nimi jesteśmy”. Jesteśmy dziećmi Bożymi, bo Dobry Pasterz oddał za nas życie. Jeśli zaufamy do końca Chrystusowi możemy czuć się bezpiecznie. Możemy powtarzać za psalmistą: „Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego. Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swoje imię. Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”.

Jeśli Bóg tak nas umiłował, to my winniśmy odpowiedzieć taką samą miłością, a wtedy ogarnie nas wewnętrzny pokój, o którym pisze św. Faustyna w Dzienniczku: „Miłość wypędza z duszy bojaźń. Odkąd umiłowałam Boga całą istotą swoją, całą mocą swego serca, od tej chwili ustąpiła bojaźń, i chociażby mi nie wiem już jak mówiono o Jego sprawiedliwości, to nie lękam się Go wcale, bo poznałam Go dobrze: Bóg jest Miłość, a Duch Jego — jest spokój. I widzę teraz, że czyny moje, które wypłynęły z miłości, doskonalsze są niż czyny, które spełniam z bojaźni. Zaufałam Bogu i nie lękam się niczego, zdana jestem na Jego świętą wolę; niech czyni ze mną, co chce, a ja Go i tak kochać będę”. Wielki orędownik Bożego Miłosierdzia św. Jan Paweł II wielki pasterz tak mówił o swojej posłudze: „Od początku pontyfikatu moje myśli, modlitwy i działania ożywia jedno pragnienie: dawać świadectwo o tym, że Chrystus Dobry Pasterz jest obecny i działa w swoim Kościele; że wciąż szuka każdej owcy, która się zagubiła, zabłąkaną sprowadza z powrotem, opatruje skaleczoną, umacnia chorą, a mocną ochrania. Od pierwszego dnia nie przestawałem zachęcać: Nie lękajcie się przyjąć Chrystusa i przyjąć Jego władzy! I dziś powtarzam to wezwanie: Otwórzcie drzwi Chrystusowi! Pozwólcie Mu się prowadzić. Zaufajcie Jego miłości!” (Kurier Plus 2018)

RAMIĘ DOBREGO PASTERZA

Byłem świadkiem wzruszające sceny na ruchliwej nowojorskiej ulicy. Przygarbieni życiem starsi małżonkowie, powolnym i nieporadnym krokiem zbliżyli się do przejścia pieszych. Mąż mimo swojej niedołężności mocno trzymał pod rękę swoją żonę, która była w gorszej kondycji niż on. Ostrożnie zbliżyli się do krawężnika. Zmieniło się światło, mężczyzna jeszcze mocniej uchwycił swoją żonę i razem weszli na przejście dla pieszych. Zanim dotarli na drugą stronę ulicy zmieniło się światło. Zdenerwowani kierowcy zaczęli na nich trąbić. Ale staruszek nie zwracał na to uwagi. Nie odrywał oczu od swojej żony, jeszcze mocniej ją przytulił i powolnym, ale pewnym krokiem zdążał na drugą stronę ulicy. Ona mocno trzymała się męża. Pełna ufności opierała się na jego ramieniu jak na skale. Ta ufność dodawała mężowi siły. Mocni wzajemną miłością i ufnością przeszli na drugą stronę ulicy.

Zapewne niejeden zniecierpliwiony kierowca zazdrościł tego co było najważniejsze w tej zwyklej, normalnej scenie wziętej z życia nowojorskiej ulicy. Dla każdego człowieka niezwykłym darem nieba jest drugi człowiek, który do końca życia jest jego oparciem, może na nim polegać i wierzyć mu, że będzie z nim w najtrudniejszych momentach i że razem pokonają najtrudniejsze przeszkody na cudownej drodze ziemskiego życia, która prowadzi na drugi brzeg wieczności. Jednak doskonale zdajemy sobie sprawę, że drugi człowiek tylko po części może spełnić nasze pragnienia. W Księdze Mądrości czytamy: „Bo dla nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka – uczynił go obrazem swej własnej wieczności”. A zatem nasze pragnienia sięgają wieczności i spełnienie ich przekracza możliwości człowieka.

Naprzeciw tym pragnieniom wychodzi Chrystus, który w Ewangelii na dzisiejszą niedzielę nazywa siebie Dobrym Pasterzem. Dobry Pasterz zna swoje owce, rozumie je i kocha, z miłości do nich oddaje swoje życie. Kiedy atakuje nas zło, w tym zło cierpienia i śmierci wtedy Jezus, jak Dobry Pasterz nie ucieka tylko jest z nami, daje nam moc walki ze złem. Ale jeśli owca ucieka przed pasterzem, to i pasterz nie może jej obronić. Jeśli będziemy otwarci na Jezusa, jeśli uznamy Go za swego pasterza, to razem z Nim pokonamy wszelkie zło. Być z Pasterzem znaczy słuchać Jego głosu. Słuchając głosu Jego będziemy coraz lepiej Go rozpoznawać. To z kolei pozwoli nam ciągle z Nim być, a bycie z Nim zaowocuje pokonaniem zła. Nie bez powodu wsłuchujemy się w Ewangelię o Dobrym Pasterzu w okresie Wielkanocy. To co wydarzyło się w Wieki Piątek i poranek Wielkanocny uwiarygodnia słowa Jezusa, gdy mówi o sobie jako Dobrym Pasterzu.

Jeden z największych pasterzy św. Jan Paweł II mówił: „Dobry Pasterz! Ta biblijna postać zrodziła się z obserwacji i doświadczenia. Przez długi czas Izrael był ludem pasterskim, dlatego tradycja czasów patriarchów i pokoleń, które po nich nastąpiły, znajduje odzwierciedlenie w tekstach Starego Testamentu. Pasterz, jako ten, który strzeże owczarni, chroni ją i prowadzi na urodzajne pastwiska, stał się obrazem człowieka, który przewodzi, stoi na czele narodu i troszczy się o jego sprawy. Takim był ów starotestamentalny pasterz Izraela. Chrystus w swoim nauczaniu nawiązał do tego obrazu, ale wprowadził do niego element całkowicie nowy: Pasterz to ten, który daje duszę swoją za owce swoje. Taki jest dobry pasterz, którego Chrystus odróżnia od najemnika, nie dbającego o owczarnię. Przedstawia siebie samego jako pierwowzór dobrego pasterza, zdolnego oddać życie za owce. Ojciec posłał Go, aby stał się nie tylko pasterzem Izraela, ale całej ludzkości.

Od początku pontyfikatu moje myśli, modlitwy i działania ożywia jedno pragnienie: dawać świadectwo o tym, że Chrystus Dobry Pasterz jest obecny i działa w swoim Kościele; że wciąż szuka każdej owcy, która się zagubiła, zabłąkaną sprowadza z powrotem, opatruje skaleczoną, umacnia chorą, a mocną ochrania. Od pierwszego dnia nie przestawałem zachęcać: Nie lękajcie się przyjąć Chrystusa i przyjąć Jego władzy! I dziś powtarzam to wezwanie: Otwórzcie drzwi Chrystusowi! Pozwólcie Mu się prowadzić. Zaufajcie Jego miłości!”.

Zaś do neoprezbiterów, nowo wyświęconych kapłanów skierował te słowa: „Chciałbym teraz zwrócić waszą uwagę na pewne cechy ukazujące, kim jest kapłan w Bożym planie zbawienia i czego od niego oczekują Kościół i świat. Kapłan jest człowiekiem słowa, który ma za zadanie nieść orędzie Ewangelii ludziom swych czasów. Powinien to robić w sposób odpowiedzialny, starając się, by to, co mówi, w pełni odpowiadało nauczaniu Kościoła. Jest on również człowiekiem Eucharystii, poprzez którą wnika do samego serca tajemnicy paschalnej. Zwłaszcza gdy sprawuje Mszę św., dostrzega potrzebę coraz większego upodabniania się do Jezusa Dobrego Pasterza, Najwyższego i Wiecznego Kapłana”.

Świadectwo św. Jana Pawła II jest bardzo przekonywujące, bo iluż to ludzi dzięki niemu odnalazło w Chrystusie Dobrego Pasterza. Z pewnością należał także do nich także Krzysztof Krawczyk, który powiedział: „Mam nadzieję, że kiedyś, gdy stanę z Chrystusem twarzą w twarz, obejmę Go serdecznie, zaleję się łzami, będą to łzy wzruszenia, i przeproszę za swoje niedowiarstwo”. Stanął przed Chrystusem 5 kwietnia 2021 roku. Przechodził w życiu wiele zawirowań. Takim trudnym momentem, który zachwiał jego wiarą byłą śmierć ojca: „Po stracie ojca zrobiła się ogromna dziura w moim sercu, krwawiąca rana. Ta rana nie zagoiła się do dzisiaj, ale kiedy w innych ludziach odnajduje cechy ojca, to wtedy jest mi tak lżej. Kiedy zmarł ojciec ta wiara nastolatka, która ograniczała się do pójścia do kościoła i obserwacji rodziców zatraciła się, to, że ją odzyskałem spowodował Jan Paweł II”.

W jednym z wywiadów powiedział: „W roku 2000, kiedy przyjechaliśmy do Rzymu z pielgrzymką artystów, w lipcu, było niezwykle gorąco. Miałem zaśpiewać a cappella „Pan mym pasterzem”. Po zapowiedzeniu mnie przez ks. Nowoka, tysięczny 30 tłum moich rodaków zaczął bić brawo i Ojciec Święty wychylił się, by zobaczyć, komu to brawo biją. Zaśpiewałem przed Nim z wielką tremą, przekonaniem i emocją (…). Nie czując bólu dotarłem do Papieża, uklęknąłem przed Nim i jak spojrzałem w twarz zacząłem płakać. Nie wiem, dlaczego… To był taki synowski płacz i wyznanie win i taka bez słów spowiedź. Trzymałem rękę Papieża i nie chciałem puścić. Ktoś podpowiedział mi, żebym ją ucałował i taki zapłakany wróciłem na miejsce”.

W Chrystusie odnalazł Dobrego Pasterza i zaczął inaczej patrzeć na życie: „Ta zmiana dokonała się na kilku poziomach. Po pierwsze, wszystko stało się ładniejsze – ludzie, przyroda. Zacząłem być bardziej miłym, życzliwym człowiekiem. Oczywiście nigdy nie byłem jakimś gburem, zawsze starałem się być uprzejmy, ale w młodości byłem trochę łobuzowaty. Kiedy zacząłem się nawracać, doszedłem do wewnętrznej zgody z samym sobą. Druga sprawa – zawsze bardzo przejmowałem się swoim zawodem. Życie z Bogiem sprawiło, że zacząłem Mu je powierzać, co było bardzo uwalniające. Prosiłem Boga, abym umiał swoją pracą podziękować ludziom za ich uśmiechy, brawa, a Jemu za to, że to wszystko w ogóle się dzieje” (Kurier Plus, 2021).

„Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy”

Amerykański pisarz, autor słynnej powieści „Wszystko jest iluminacją”, jeden z uczestników watykańskiej prezentacji adhortacji „Laudate Deum” papieża Franciszka w Ogrodach Watykańskich napisał: „Świat jest zepsutym, zniszczonym miejscem, a naszym zadaniem jest uczestniczenie w jego naprawie. Świat jest teraz zepsuty na tak wiele sposobów, z powodu głodu, nierówności ekonomicznych, ponieważ straciliśmy zdolność do owocnej rozmowy. Świat jest zepsuty, ponieważ zapomnieliśmy o naszych obowiązkach wobec bliźnich, a wreszcie świat jest naprawdę zepsuty z powodu naszej relacji z naturą i środowiskiem”. Trudno się z nim nie zgodzić, gdy patrzymy na dzisiejszy świat, który lekceważąc prawa boże czyni prawem wszelkiego rodzaju ludzkie dewiacje. Odnosi się wrażenie, że moce piekielne rozpętują wojny, gdzie za nic ma się życie człowieka i boskie przykazania. Ale i pokojowe miejsca pełne są przemocy wyzysku, nieprawości, nienawiści, wszystkiego co prowadzi do zezwierzęcenia człowieka. Nie omija to żadnych wspólnot, nawet religijnych, odwołujących się do Chrystusa. Nieraz bezradni, wobec tego zła pytamy: Dlaczego Bóg na to pozwala?

Podobne pytanie postawił jedn z portali internetowych: „Dlaczego Bóg nie zrobi na tym świecie porządku?” Padały różne odpowiedzi. Oto jedna z nich. „Nieraz sobie – zapewne w mojej naiwności – myślę tak: gdyby Bóg zebrał teraz z tego świata wszystkich dobrych ludzi, a potem dał im osobny od złych ludzi świat, to osiągnęlibyśmy dwa cenne efekty: – dobrzy ludzie, teraz już nie gnębieni przez tych złych, żyliby w pokoju i szczęśliwości – źli ludzie, pozbawieni tych, na których mogą żerować, krzywdzić, wywyższać się, mając jedynie naprzeciw siebie tych podobnych sobie, w końcu przekonaliby się, do czego tak naprawdę ich zło prowadzi. Cierpienie nauczyłoby ich tego, że ich postawa jest wadliwa”.

Jest to jakieś rozwiązanie, ale jak sam autor tej wypowiedzi sugeruje, jest to myślenie trochę naiwne. Bardziej życiowe i realne jest myślenie, które podsuwa nam polskie porzekadło ludowe: „Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy”. Niekonieczne musi się to jawić jako wyraźna interwencja boża, ale efekt łamania bożych praw, szemrania przeciw Bogu. Możemy tego doświadczyć w naszej doczesności, tak jak to było w przypadku Rudolfa Hessa, komendanta niemieckiego obozu śmierci w Auschwitz-Birkenau. 16 kwietnia 1947 roku został powieszony na terenie obozu, obok budynku komendantury, w której urzędował. Ciało jego spalono a prochy rozsypano w nieznanym miejscu. Podobnych przykładów spełnienia się polskiego porzekadła można przytoczyć wiele. Jednak dla ludzi wiary w Boga spełnienie tego porzekadła przekracza granice śmierci i sięga wieczności. I chociaż wygląda to na karę, to jednak karą być nie musi, bo Bóg jest miłosierny i nie chce śmierci grzesznika. Wspomniany Hess odchodził do wieczności skruszony i pojednany z Bogiem.

Na ten trop naprowadza nas Ewangelia na czwartą Niedzielę Wielkiego Postu. Chrystus wspomina wędrówkę Narodu Wybranego z niewoli egipskiej do Ziemi Obiecanej. W czasie tej wydłużającej się wędrówki lud traci cierpliwość. Wzmagają się głosy niewiary i narzekania. Izraelici zapominają dobrodziejstwa ze strony Boga jak zwycięstwa nad swoimi wrogami, wodę wyprowadzona ze skały, mannę z nieba, przepiórki zesłane przez Boga jako pokarm. Szczodrobliwość Boga wyśpiewuje psalmista: „Spuścił im, jak deszcz, mannę na pokarm. I dał im zboże z niebios”. Bóg słysząc narzekanie przeciw Niemu i Mojżeszowi zesłał na nich karę: „Wtedy zesłał Pan na lud jadowite węże, które kąsały lud, i wielu z Izraela pomarło”.

Kara sprawiła, że Izraelici opamiętali się i błagali Boga o wybaczenie i powstrzymanie karzącej ręki. Odpowiedź na wołanie Izraelitów jest pełna miłosierdzia: „I rzekł Pan do Mojżesza: Zrób sobie węża i osadź go na drzewcu. I stanie się, że każdy ukąszony, który spojrzy na niego, będzie żył. I zrobił Mojżesz miedzianego węża, i osadził go na drzewcu. A jeśli wąż ukąsił człowieka, a ten spojrzał na miedzianego węża, pozostawał przy życiu”. To wydarzenie, Chrystus odnosi do swojej zbawczej śmierci na krzyżu: „Jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne”. Miedziany wąż jest martwy. Nie może kąsać i niszczyć, przez co symbolizuje unicestwienie siły śmiercionośnego jadu. Ci, którzy w ufności przyjmą Boży plan wybawienia i podniosą swój wzrok, doświadczą uzdrawiającego zbawienia.

Bóg kieruje się miłością i Jego sąd jest sądem miłości: „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne.” Syn Boży jest sędzią, ale to my sami na siebie wydajemy wyrok: „A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki”. Światło może być niebezpieczne dla nieprawych, bo oświetla ich czyny i rzeczy, których nie chcą widzieć. Wolą ciemność. Światło ujawnia naszą ignorancję, hipokryzję, zdradę innymi słowy nasza ciemną stronę grzesznego życia. Jasność utrudnia i kompiluje życie tych, którzy umiłowali ciemność. Dla nich ciemność jest bezpiecznym miejscem. W świetle Chrystusa nic się nie ukryje, zobaczymy kim naprawdę jesteśmy i wydamy na siebie wyrok, który jeszcze nie jest ostatecznym wyrokiem ze względu na miłosierdzie Boże.

Jezus wyjaśnia Nikodemowi, że nasze upodobanie do ciemności jest zdradą Bożej wizji ludzkości. Bóg stworzył nas jako dzieci światłości, do życia w radości i nadziei, miłości i życzliwości, sprawiedliwości i pokoju. W tym świetle widzimy swoje błędy i mamy szanse je naprawić. Wielkopostne wołanie Jezusa wzywa nas abyśmy wyszli z ciemności egoizmu i zła i wkroczyli w światło miłości i pokoju Bożego. Możemy to uczynić, jeśli otworzymy nasze serca na światłość Chrystusa. W tym świetle odnajdziemy niezgłębioną miłość, której często nie dostrzegamy, a która to przez ciemność krzyża zajaśniała blaskiem Zmartwychwstania, stając się źródłem nieogarnionej radości i nadziei (Kurier Plus, 2024).